// rany po ojcu.

Teraz jest na pozór kobietą sukcesu. Nazywa się Agnieszka. Koło trzydziestki, elegancka, nienagannie imitująca korporacyjne gesty i podporządkowana regułom, jakie narzuca organizacja. Ale to wdzięczna organizacja – Największy Bank W Tej Części Europy wspiera, edukuje, nagradza. Można realizować się idąc wyznaczoną ścieżką kariery. Piękny, służbowy strój chroni rany jak pancerz.

Podskórnie coś się tli, czyha na dogodny moment, żeby wybuchnąć. Starzec, który odwiedza Agnieszkę (za stary na zdolność kredytową) to jej ojciec. U kresu życia szuka pojednania? Wybaczenia? Oczekuje wyrozumiałości? Nie było miłości przez lat dwadzieścia siedem, będzie więc pogarda, nienawiść.

Agnieszka Przepiórska kolejny raz zachwyca rolą w monodramie. Pełnia jej aktorskiego warsztatu i wrażliwości rozkwita, kiedy staje twarzą w twarz z widzami. Sama. Ująć odbiorcę, utrzymać przez godzinę jego uwagę, skupienie, wywołać tak silne emocje to sztuka na krawędzi możliwości. Ona ten stan osiąga.

Wcześniej brawurowo zaprezentowała się w monodramie „I będą święta“ Piotra Rowickiego (reż. Piotr Ratajczak). Teraz z porównywalnym mistrzostwem, ale i wdziękiem mówi o najdotkliwszych przeżyciach własnych – bólach dorastania, dojrzewania bez ojca. Piotr Rowicki napisał tekst „Tato nie wraca“ na podstawie osobistej historii zrelacjonowanej mu przez Agnieszkę Przepiórską.

Tuż po urodzeniu, ojciec opuszą ją i matkę. Choć dzieli ich zaledwie sto kilometrów, właściwie nie mają żadnego kontaktu, zero relacji, więzi. Ogrom emocji; skrajnych, bo od tęsknoty i miłości, po zawód i rozpacz. Ojciec jest szanowanym lekarzem, jednym z najlepszych chirurgów w Warszawie. Nie, nie „jednym z”. Najlepszym! Wedle umieszczanych na branżowym portalu opinii pacjentów, nie tylko fachowiec, lecz i wspaniały człowiek. Jak to możliwe – pyta Agnieszka. Przecież ktoś, kto porzucił dziecko, unika kontaktu z córką, nie może być
d o b r y m  c z ł o w i e k i e m.

Agnieszka rozdrapuje rany. Na scenie obnaża się przed widzem, na wierzch wywlekając najintymniejsze z przeżyć i przemyśleń. Ale nie chodzi tylko o rodzaj terapii. Jej monologi co i rusz przeradzają się w traktat Jak być. W ogóle. Jak otaczać się ludźmi, współżyć, i wreszcie – zapomnieć, pielęgnować dobre emocje. Wybaczać?

I skupić uwagę na własnym dziecku. Albo – to alternatywa skrajna, ale jakże wymowna – na karierze zawodowej. W imię poczucia własnej wartości, w duchu odpowiedzialności, wejścia o własnych siłach w dorosłość, a także – demonstracji siły. Poradziłam sobie, jestem  k i m ś. Spójrz, tato, jestem kobietą sukcesu. Udało mi się.
M i m o  w s z y s t k o, udało się.

Moment spotkania w banku. Ojciec jako petent w nietypowej roli. Zamiast zaświadczeń o dochodach ma pożółkłe zdjęcia. Wymazane z pamięci – jego?, jej? – chwile odżywają na fotografiach. Raz ojciec zabrał córkę do zoo. Imponował jej, wszechwiedzący ojciec, mądry – jak to ojciec. Autorytet, prawie głowa rodziny. Bo rodziny przecież nie ma. Jest przecięta granicą między Warszawą a miasteczkiem sto kilometrów od stolicy, dokąd kursują autobusy pekaesu. Chirurgicznie, sprawnie. Raz na zawsze.

Jeszcze dwa razy ojciec daje sygnał o swoim istnieniu. Przysyła Agnieszce buty. Piękne, wyjątkowe (od taty), choć dwa numery za małe. I drugi raz, pudełko po ciastkach – puszka z wizerunkiem księżnej Diany i księcia Karola. Pudełko będzie jak relikwia, miejsce schronienia dla jej tajemnic. Dowód istnienia. Teraz jednak Agnieszka odtwarza scenę – jak to mogło wyglądać. Zjadł ciastka i przypomniał sobie o córce? Niech ma trochę radości, niech wie, że ma ojca.

Tak będzie już zawsze? Tak było przez dwadzieścia siedem lat. Bo dziecko ma niezwykły dar improwizacji i garściami czerpie z obserwacji otaczającego go świata, uzupełniając to wszystko o wyobrażenia, hipotetyczne dialogi, fantastyczne ciągi dalsze. Wchodzi w więc w dialog z samą sobą, ale jej rozmówcą może być ojciec. Gdzieś tam istnieje przecież, więc mógłby być obok niej. To może być ojciec, prawda?

Surowa, prostokątna scena zamknięta białą ścianą z żaluzji. To może być okno w jej mieszkaniu na Mokotowie. Stać ją, jest ważną, zdolną i docenianą pracownicą banku. Może wnętrze banku właśnie. Jej przestrzeń, ona swoimi krokami na obcasach wyznaczać będzie granice. Ale nastraja nas światło i muzyka. Wspomnienia jak wydarte z dzieciństwa wideoklipy, jak szarpnięcia czymś niebezpiecznie ostrym, raniącym. „Cudowne lata“ nigdy nie spełnią swej obietnicy, nie nadejdą. Prośba „Pomaluj mój świat“ pozostanie bez echa. Tak jak rzucone pytanie (potwarzane przez całe dzieciństwo?), „Co powie tata?“. Cisza. Bez odpowiedzi.

Ojciec nie wrócił. Odszedł. Umarł. Ale konfrontacja w banku – Agnieszka czekała na ten moment? czuła, że się zbliża? – stanowi okazję do rewanżu. Czy można odkupić grzechy albo zrekompensować (sobie – zemstą) ponad ćwierć wieku. Dziecko jest jak konto w banku. Łatwo utracić nad nim kontrolę, narażając się na niewyobrażalne koszty. Kiedyś przyjdzie ten moment, kiedy trafi w nasze ręce monit. Zasadzka.

Powtórzmy, nie tylko o terapię chodzi. Mamy wstrząs, przełom. Ale przychodzi moment skupienia i odprężenia. Niech widzowie chwycą się za ręce. Niech zamkną oczy i wyobrażą sobie dziecko, które biegnie w ich stronę w pięknych okolicznościach przyrody. No dobrze, już starczy. Dziecku powiedzmy jasno i wyraźnie: Do widzenia.

Najpierw się

pojawi ranka na mej dłoni.

Tak jak zawsze

wszystko jest przeze mnie.

Potem cień

na chwilę przetnie słońce.

I jeszcze jaśniej będzie.

I jeszcze boleśniej.*

Piotr Rowicki, Tato nie wraca. Reżyseria: Piotr Ratajczak. Występuje: Agnieszka Przepiórska. Teatr Konsekwentny w Warszawie. Premiera – październik 2013.

—-
* Fragment wiersza Marcina Świetlickiego „Ładnienie“ z tomu „Czynny do odwołania“, wydawnictwo Czarne 2001.

Reklamy

// przeszłość należy do was.

Krzysztof Warlikowski podzielił swój najnowszy spektakl na dwie, trwające po około 150 minut, części. Pierwszą osadził w realiach berlińskich początku lat 30. ubiegłego stulecia, kiedy do władzy dochodzą naziści, drugą zaś – w Nowym Jorku u progu XXI wieku.

Obie jednak czytać należy – wedle deklaracji twórców, ale i podążając za tytułem inscenizacji – przez pryzmat „teraz i tu” w Polsce, w Warszawie.

W odniesieniu do pierwszej części symboliczne stają się przechodzące w słowną potyczkę dywagacje niemiecko – alianckie na temat Wagnera. Niezależnie od tego, na ile faktycznie i w uzasadniony sposób Wagnera utożsamia się z III Rzeszą i jej przywódcami – potomkowie wielkiego reformatora opery (nota bene, w młodości przyjaciela Polski zafascynowanego takimi postaciami, jak Józef Bem) bywali w relacjach zażyłych z samym Hitlerem. Romantyzm znów staje się spoiwem tragedii, jej katalizatorem, nawet jeśli pośrednio albo wespół z innymi, mocniejszymi czynnikami. W obliczu klęski politycznej (i efektów traktatu wersalskiego) oraz katastrofy gospodarczej*, na tak żyznym podglebiu, rodzi się totalitaryzm w dziwny, niejednoznaczny sposób spleciony z patriotycznym serca porywem, wielkim zbiorowym honorem narodowym oraz potrzebą r e a k c j i na poziomie społecznym.

Najpopularniejszą sceną głośnego filmu „Cabaret” jest chyba zbiorowy śpiew pieśni „Przyszłość należy do nas”. Intonuje ją niewinnie, cherlawo wręcz chłopiec w brunatnym mundurze. Podejmują wszyscy niemal uczestnicy pikniku. Kulminacją jest gest wyciągniętej ręki, nazistowskie powitanie. Ta scena – z którą wiąże się cała narracja I części „Kabateru…” Warlikowskiego – mocno zdaje się łączyć, w warstwie filozoficznej i emocjonalnej, z „Białą wstążką” Hanekego. Skąd bierze się nienawiść i upojenie zbrodniczą ideologią, dyktaturą? Z niewinności czy dzieciństwa spowitego surowym wychowaniem?

W Afryce zachował się jedyny na świecie język, który posługuje się „cmokaniem” czy też „mlaskaniem”. Kod pierwotny. To jeden z wątków „pobocznych” w opowieści Warlikowskiego. Komunikacja w tym (meta)języku przebiega identycznie jak w przypadku współczesnych, europejskich języków. A jednak nieco symbolicznie, bez słów. W Afryce nadziei szukać może bohater „Cabaretu” i każdy, kto zagrożenie czuje żyjąc w sercu Europy. Koniec złudzeń i marzeń o raju made in USA. Jeśli odrzuci cię, nie przyjmie Wschodnie Wybrzeże , to może Czarny Ląd z otwartymi przyjmie ramionami?

Brytyjczyk Chris (pisarz już po debiucie) niefortunnie i wbrew sobie konfrontuje się z Sally, artystką rewiową, kabaretową, która marzy o prawdziwym kinie. On ma pozornie dużą przewagę już na starcie. To ona jednak wygra, on w finałowej scenie rozrzuci (straci?) kartki maszynopisu – to miała być ta wielka powieść, w której ona stanowi centrum i oś narracji – po czym w geście kapitulacji, na kolanach, układa z rozsypanych kartek swastykę. Ona w tym czasie odbiera – odwzorowując scenę z połowy lat 70. z Lizą Minelli – Oscara, zwieńczenie kinowego triumfu w show biznesie.

Pojawia się pytanie, co takiego w ogóle zrobił, co mógł uczynić Chris, aby powstrzymać zło? Czy mógł ostrze swojej powieści skierować przeciw rodzącemu się w centrum Starego Kontynentu totalitaryzmowi? Co mogliśmy zrobić, a jakiej dziś postawie wtórować?

Warlikowskiego (nas wszystkich) wyręcza minister spraw wewnętrznych, Bartłomiej Sienkiewicz. Mówi przecież: „Idziemy po was!”**, i trafia na wszystkie łamy i anteny.

—-

*Por.: N. Wapshott, „Keynes kontra Hayek. Spór, który zdefiniował współczesną ekonomię”. Studio Emka, Warszawa 2013.
**Więcej: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,13945214,Szef_MSW_ostro_do_skinheadow__idziemy_po_was__Szostkiewicz.html

// tarantino — odwrócenie.

Kierunek, który obrał sobie Tarantino można, z wielu powodów, uznać za oryginalny bądź w poprzek idący całego mnóstwa ścieżek filmowych narracji. O ile w większości przypadków możemy zgodzić się, że kino odwzorowuje / odbrązawia / interpretuje bądź uszlachetnia historię / literaturę, to w przypadku twórcy „Pulp Fiction” jest  z u p e ł n i e   inaczej. Odwracamy się o całe 180 stopni.

QuentinTarantino-thumb-280x2461 — Quentin Tarantino.

Nie odczarowuje Tarantino, lecz wskrzesza świat alternatywny. Nie fantazjuje, ale dopuszcza inną, równoległą i lepszą, dodajmy, historię. Weźmy więc dwa ostatnie jego filmy, „Bękarty wojny” (2009) i „Django” (2012). W pierwszym mamy do czynienia z tytułową grupą żydowskich partyzantów / komandosów / grupy specjalnej / wyrzutków / krwawych mścicieli. W drugim – czarnoskórego mężczyznę, który wybija się na niezależność i wolność w niewolniczym Południu Stanów Zjednoczonych (połowa XIX w.).

Bękarty

Największą tragedią nie tylko II wojny światowej, lecz dwudziestego stulecia w ogóle, był Shoah. Zagłada, abstrahując od jej źródeł*, (nie)zgody najbardziej wpływowych środowisk zachodniego świata, demokratycznych furtek, jakimi ideologia przeszła w czyn, uderzyła w jedną z najważniejszych zdobyczy oświeceniowego świata**. Tolerancję. Choć oczywiście, nie tylko wcześniejsze wieki, lecz również pierwsze dekady XX w. (na ziemiach polskich może zwłaszcza wówczas, w czasach II RP?) były pełne jadu nienawiści, aktów terroru, przemocy na tle rasowym bądź religijnym oraz uprzedzeń. Tymczasem mija właśnie 70. rocznica Powstania w warszawskim Getcie. To bodaj jedyny przykład aktywnego przeciwstawienia się Zagładzie ze strony samych Żydów – z bronią w ręku. Rok 1943 stanowił jedyny wyjątek (dwóch, na początku roku i wiosną, wystąpień społeczności żydowskiej zepchniętej za mury warszawskiego Getta). Jedyny wyjątek, który potwierdza regułę: Żydzi sprowadzeni przez nazistów do kategorii podludzi biernie poddali się temu upokorzeniu. Jako masa i indywidualne postaci. Licząc w milionach osób i jednostkach. Robotnicy i drobni sklepikarze oraz profesorowie uczelni wyższych, naukowcy, lekarze, dziennikarze, prawnicy. Ta garstka, które w kwietniu 1943 roku, w czasie katolickiego za murem Wielkiego Tygodnia, wetknęli na barykadę dwie flagi, żydowską (syjonistyczną) i biało-czerwoną, zaskoczyli wszystkich. Beznadziejne ich położenie tym bardziej jednak akcentuje ogrom cierpienia i skalę działania fabryk śmierci III Rzeszy.

bekarty-wojny — Bękarty Wojny.

Dlaczego więc nie okazać się bezlitosnym, krwawym właśnie, mścicielem? Odwrócić reguły. Niech naziści przyzwyczają się, że w okupowanej Europie groźnym przeciwnikiem są Żydzi, wspierani przez Aliantów, wyszkoleni, bezwzględni i stosujący w odwecie egzekucje. Do okupowanej Francji trafia więc – za sprawą fabuły Tarantino – specjalnie wyszkolony oddział żydowskich komandosów. Po kilku efektownych rajdach, trafiają na usta wszystkich i na północy Francji, i w Vichy. Grasują wszędzie. Mogą cię dopaść znienacka, zabić, a następnie oskalpować. Już nie SS sieje postrach wśród ludności cywilnej, lecz żydowscy wyrzutkowie historii wśród tychże esesmanów; wyrzutków, bękartów wojny.

W finale uczestniczą w udanym zamachu na Hitlera, a wraz z przywódcą III Rzeszy giną wszystkie najważniejsze postaci zgromadzone w małym francuskim kinie, podczas premiery ostatniego filmu Goebbelsa. Niemieccy dygnitarze zepchnięci w ciasne ściany odwróconego getta: zabarykadowanej sali kinowej nur für Deutsche.

Django

Tytułowy bohater staje się wolny za sprawą niemieckiego emigranta (Tutaj mamy kolejne odwrócenie; o ile bowiem w „Bękartach…” skonfrontował Tarantino okupowaną Europę z amerykańskim przybyszem – oficerem / wybawcą / mścicielem / przywódcą żydowskich partyzantów, tutaj Europejczyk staje w opozycji do obowiązujących w XIX-wiecznej Ameryce reguł. Mamy rację wyższej rasy – białych – narzucających swe prawa pozbawionych wolności czarnoskórych. Jednostkowego odwrócenia dokonuje Niemiec, były dentysta. W obu światach, i „Bękartów…”, i „Django” dochodzi do polowania na ludzi, które stają się wyrazem / metaforą / spełnieniem wyroku sprawiedliwości, innej niż tej, którą historia napisała za nas).

Czarnoskóry niewolnik staje się wolnym człowiekiem w świecie, który nie zna i nie przewiduje takiego rozwiązania. Co więcej, wymierza sprawiedliwość. Taką, która w jego sumieniu, i naszym – widzów – wydaje się oczywista.

quentin-tarantino-75193485 — Quentin Tarantino.

***
Odwrócenie, choć jednostkowe, przywracać ma nadzieję. Jednakowoż, nie ma pewności – niezależnie od natury krytyki w USA, która spotkała „Django” – jakież to intencje przyświecały Tarantino. To tylko opowieść.

————–
*Por.: Z. Bauman, Nowoczesność i Zagłada, Kraków 2012.

**Por.: H. Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem, Warszawa 1976.
Oraz: A. Nagorski, Hitlerland, Warszawa 2012.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.