Życie i śmierć A.

© Krzysztof Ratnicyn

Schodami wbiegł na ósme, najwyższe piętro — zdyszany? — otworzył drzwi mieszkania i ruszył prosto do okna wychodzącego frontowo na Nowogrodzką. Bez chwili wahania, nie zdjąwszy płaszcza, otworzył okno i wyskoczył. 

Ciało uderzyło z impetem w zadaszenie sklepu znajdującego się na dole i zsunęło na ziemię. Bliscy rozpoznający ciało będą później wspominać, że w niczym obrażenia nie wskazywały na taki przebieg spraw. Wręcz przeciwnie. Twarz pogodna — być może po raz pierwszy od wielu lat.

Po upadku Powstania jako dziewiętnastolatek trafia do oflagu w bawarskim Murnau. To niedoszłe koszary Wehrmachtu. Obóz — pod koniec kwietnia 1945 roku oswobodzony przez armię amerykańską — latem odwiedza gen. Anders. Nic dziwnego, bowiem znakomitą większość więźniów, przeszło pięć tysięcy, stanowią Polacy, a dawny oflag teraz pełni już funkcję Polskiego Ośrodka Wojskowego, rekrutującego do 2. Korpusu we Włoszech. 

Dołącza do armii Andersa, wspólnie z licznymi szeregowymi i oficerami. Potem zapisuje się na studia medyczne, których nie kończy, aby wrócić dwa lata po zakończeniu wojny do Warszawy. Tu podejmuje między innymi studia muzykologiczne (tych, podobnie jak każdych innych, nie kończy; a jednak w towarzystwie błyszczy — elokwentny i czarujący, magiczny — gaduła, choć nie narzucający się przecież nikomu; to inni będą łaknąć towarzystwa z nim). 

Zaczyna specjalizować się w pisaniu, zwłaszcza recenzowaniu muzyki. Robi to dobrze, zyskuje uznanie, choćby Kisiela. I nieustannie gra na okarynie. Jest mistrzem tego instrumentu. Wszyscy w stolicy już wiedzą, kim jest, kiedy dowiaduje się o nim Wajda pracujący nad „Kanałem”. 

Nie — nie wiedzą, kim jest. Wiedzą, że jest. Że wyróżnia się w środowisku artystycznym szerokimi zainteresowaniami, erudycją, znajomością wyuczonego w oflagu angielskiego, co wówczas jest mocno nieoczywiste. Czyta literaturę zza oceanu — niedostępną dla ogółu mieszkańców stolicy, po czym ujmująco streszcza ją podczas suto zakrapianych towarzyskich posiadówek w przeróżnych prywatnych mieszkaniach. Opowiada, gra, magnetyzuje swoim czarnym wzrokiem. To czarne światło emanowało z niego i przyciągało — wspomni po latach Osiecka.

Ale czy Wajda, angażując go do projektu „Kanał”, kierował się jego powstańczym doświadczeniem i przebiciem kanałami z Mokotowa (dziś to miejsce upamiętnia tablica przy Alejach Ujazdowskich) do Śródmieścia. Może porwał reżysera ten magnetyzm — twarz jakby zamrożona, w bok usuwająca wszelkie emocje albo wzrok, o którym tylu jego współczesnych mawiało. Zimny, przeszywający, a wciągający. Pewności już nie ma.

Gra ledwie epizodyczną rolę, co z czasem stanie się specjalnością aktora amatora, ale też (jak będą mówić niektórzy) sposobem na zarobek. Esesman odbierający obrączkę jednemu ze schwytanych powstańców, wychodzących z kanału‚ taka to rola. Gdyby nie wiedza współczesna, pewno wielu widzów nie rozpoznałoby go w tej charakteryzacji (w niemieckim mundurze kilkanaście lat później znów wystąpi, w „Stawce większej niż życie”) . Tymczasem jednak rola życia dopiero świta na horyzoncie.

Po ogromnym międzynarodowym sukcesie „Kanału” (jednakowoż słabo przyjętego w Polsce przez krytykę), czas przychodzi na „Popiół i diament”. Wajda sięga po powieść Andrzejewskiego, z którym pisze adaptację na potrzeby filmu. Tym razem nie będzie epizodu, lecz rola kluczowa — Andrzeja, zwierzchnika w podziemiu bohatera ponad wszystko, którego gra Cybulski. Intro do filmu to skomponowany przez niego utwór, zagrany — a jakże — na okarynie. Później Andrzej zdmuchuje zapałkę trzymaną w dłoni przez Cybulskiego, mówiąc: My żyjemy!

Wajda ponoć nie widzi nikogo innego w roli Andrzeja. A przecież to amator. Dziś wiemy, że poradzi sobie znakomicie i wzorem reżysera możemy potwierdzić, iż nie wyobrażamy sobie kogokolwiek innego we wcieleniu Andrzeja. Był na przeciwległym biegunie tego, czego oczekuje się od profesjonalnego aktora — przyzna po latach zaprzyjaźniony z nim Holoubek. 

Ktoś na potrzeby filmu dokumentalnego o „Dudku” (tak go wszyscy nazywali) opowie, że w czasach najtrudniejszych, czyli okresie stalinizmu, kiedy każdy walczył o własny kąt, dach nad głową, regularny posiłek, o sensownym zajęciu nie wspominając — zwłaszcza w Warszawie — on nie wiadomo, jak żył. Skąd miał pieniądze, gdzie mieszkał. Prawda, że bywało, iż kątem u kogoś. Zdarzało się również, że w środku nocy siedział bezgłośnie gdzieś na ławce w centrum miasta. Skupiony, zamyślony, może przerażony. Albo krążył między SPATIF-em a Bristolem, ale to jak wszyscy. Wówczas i później. W latach sześćdziesiątych częściej pewnie bywał w knajpie PIW-u przy Foksal (obecnie Amatorska).

I jeszcze kobiety. Miało kręcić się wokół niego całe ich mnóstwo. Żadna na serio. Chyba również Teresa Tuszyńska. Lubił się nimi otaczać, ale — jak przypomni sobie kiedyś Holoubek — nie było w tym niczego na poważnie, a raczej na pokaz.

Wzmiankowana już niezwykłość jego, diabelskość, demoniczność — wspomni Beata Tyszkiewicz — miała się w nim rozwinąć wraz z wybuchem choroby. Ale był rozbrajająco dobry — doda.

Wiemy, że już na początku Powstania został ranny. Gdzieś w okolicach j kamienicy Wedla, na rogu Mokotowskiej i Madalińskiego. W głupi sposób albo na własne życzenie — będą wspominać — bowiem w momencie ostrzału, miast się schronić, położył się na wznak, pragnąc obserwować przelatujące nad jego głową kule. Pocisk przeszył mu płuco. Zawsze był niekonwencjonalny — wspomni w telewizyjnym dokumencie Ewa Zielińska. Ta sama, która po latach podejmie się rozpoznania zwłok.

Zabiła go choroba psychiczna, nasilająca się cyklofrenia, czy rzucone przeciw niemu oskarżenia o współpracę z SB?

W przebiegu zaburzeń afektywnych dwubiegunowych mogą występować epizody maniakalne, hipomaniakalne, depresyjne i mieszane. Epizody maniakalne i depresyjne mogą przebiegać z objawami psychotycznymi lub bez nich. Długość epizodów jest różna, od kilku dni do kilkunastu miesięcy, średnio 3–6 miesięcy, przy czym epizody maniakalne zazwyczaj są krótsze od depresyjnych.

Sprawa Szpotańskiego to proces, którym szczególnie interesował się Gomułka. Przedmiotem oskarżenia była satyryczna opera „Cisi i gęgacze”, a podmiotem — jej autor, Szpotański właśnie. Zanim został na trzy lata więzienia skazany na początku  1967 roku, odbył się proces. „Szpota” broniły gwiazdy warszawskiej palestry, mecenasowie Olszewski i Siła-Nowicki. Jednym zaś ze świadków oskarżenia stał się on. Przewieziony na salę sądową wprost z oddziału psychiatrycznego Szpitala Wolskiego. Tam, wedle niektórych, skrył się przed bezpieką. Po latach okaże się, że teczkę figuranta miał od początku lat sześćdziesiątych (o nagabywaniu i rozmowach z SB informował przyjaciół), niemniej z zachowanych dokumentów w IPN nie sposób byłoby uznać go za współpracownika tajnych służb.

Dość powiedzieć, że kiedy plotki o jego agenturalnym uwikłaniu i zeznaniach przeciwko Szpotańskiemu, z którym przecież się przyjaźnił, upowszechniły się za sprawą Radia Wolna Europa, całe bez mała artystyczne środowisko stolicy odwróciło się od niego. Choć on w zasadzie — jak relacjonowali po latach znajomi i przyjaciele — nie oczekiwał wsparcia. Czuł się niewinny, niesłusznie oskarżony i skazany niejako na banicję. Alkohol i choroba dokonały reszty.

Uciekł w samotność, życie na granicy ubóstwa oraz religijność. Wcześniej ateista bądź agnostyk, teraz studiujący pisma św. Tomasza.

17 stycznia 1976 roku targnął się — skutecznie tym razem — na swoje życie. Cytowana już Zielińska wspomni, że w czterdziestym czwartym, gdzieś w kanale między Mokotowem a Śródmieściem, oślepiony gazami bojowymi, zrezygnowany, sięgał po pistolet. 

Na koniec oddajmy głos Agnieszce Osieckiej:

Adam dźwigał, że się tak wyrażę, trzeci koszyk intelektualny, koszyk metafizyczny. Ja sama w owych latach świeciłam światłem odbitym, byłam jak bombka na choince, łapałam promienie z różnych kierunków. Jednak Pawlikowski oświetlił mnie szczególnie silnie, biło od niego osobliwe, czarne światło. Dla wielu z nas był mistrzem lub pół-mistrzem. Pomnożył nasze życie o wartości, o których nie mieliśmy poprzednio pojęcia. Nas wzbogacając, sam biedniał i niszczył się z dnia na dzień. Mógłby ktoś powiedzieć, ze pożerała go choroba, ale czyż my sami nie jesteśmy chorobą, a choroba – nami?

Srebrenica. 30 lat później

Niczego się nie nauczyliśmy. Spójrzmy na Buczę, spójrzmy na ludobójstwo odbywające się na naszych oczach w Strefie Gazy.

Nie bójcie się. Powoli, powoli, najpierw kobiety i dzieci. Nazywam się generał Ratko Mladic. Nic wam nie grozi. [Teraz rozdaje bośniackim dzieciom czekolady.]

Wierzę, że rażąca moc słów — ciągle, niezmiennie, po latach — może pomóc zrozumieć bezpośrednie doświadczenie ofiar; jakiś niewielki ułamek ich emocji, niewyobrażalnego strachu, cierpienia.
Głos, jego brzmienie, gestykulacja, wreszcie spojrzenie oprawcy, wywołują lęk; wraca poczucie bezsilności.

Proszę spróbować:

Już się boicie?

W lipcu 2025 roku minęło trzydzieści lat od masakry w Srebrenicy.

*

Wszystko, co nastąpiło później, mogło nam sugerować — dawać jakiś okruch nadziei — że tym razem wyciągniemy wnioski, i nic podobnego już się nie powtórzy. Naiwne? Dziś wiemy, że tak.

Za nami doświadczenia Buczy i Gazy. Kolejne bestialstwa na oczach zwykłych ludzi oraz panów tego świata — by sięgnąć po mocny głos Karskiego (użyty, przypomnijmy, w odniesieniu do prezydenta Roosevelta).

Lipiec 1995 roku. Raptem miesiąc wcześniej byłem dumnym laureatem olimpiady wiedzy o prawach człowieka. W orbicie naszych zainteresowań i dyskusji było to, co działo się w Czeczenii i na Bałkanach.

*

Trzy dekady słabej — co do siły rażenia i sprawczości — reakcji Zachodu na Srebrenicę nakazują przypomnieć tok zdarzeń, których konsekwencją była masakra męskiej części ludności tego miasteczka. Być może to również dobry moment, aby zastanowić się nad międzynarodowym porządkiem co do systemów ochrony praw człowieka. Co do zasady, funkcjonują dwa: globalny i europejski (szeroko rozumiany, rozciągający się na państwa członkowskie Rady Europy, do której swego czasu należała nawet Rosja).

Oba porządki zostały ustanowione po doświadczeniach II wojny światowej i jak zwykle, bo podobnie jak Liga Narodów, miały stać na straży pokoju i praw jednostek. Czy zadziałały? Jak zawsze, pod względem prewencji, zawiodły. I wciąż zawodzą. Niemniej, odpowiedzialni za zbrodnię w Srebrenicy, stanęli przed trybunałem, zostali osądzeni i skazani. Z tej perspektywy należałoby wierzyć, że podobny los spotka Putina i Netanjahu oraz ich ludzi, bezpośrednich sprawców aktów ludobójstwa.

*

Punktem wyjścia, źródłem i konsekwencją Srebrenicy był wybuch tłumionych nacjonalizmów w wielokulturowej Jugosławii. W 1992 roku Bośnia i Hercegowina ogłosiła niepodległość, co spotkało się ze sprzeciwem serbskiej mniejszości, wspieranej przez rząd Serbii i wojsko jugosłowiańskie. Rozpoczęła się brutalna wojna domowa. Bośnia stała się areną masowych czystek etnicznych, zwłaszcza prowadzonych przez siły bośniackich Serbów pod dowództwem generała Ratko Mladicia i politycznym kierownictwem Radovana Karadžicia. Srebrenica, zamieszkana głównie przez muzułmańskich Bośniaków, została w 1993 roku ogłoszona przez ONZ „strefą bezpieczeństwa” i objęta ochroną sił pokojowych UNPROFOR, głównie holenderskiego kontyngentu.

Ratko Mladic w Srebrenicy. Rozmawia z bośniackimi dziećmi. Lipiec 1995.

W dniach 11—22 lipca 1995 roku siły bośniackich Serbów zdobyły Srebrenicę. Mimo obecności sił ONZ, nie podjęto się zatrzymania ofensywy, a tym samym spodziewanych represji wobec cywilnej ludności. Dowódca holenderskiego kontyngentu błękitnych hełmów nie doczekał się, mimo dramatycznych wezwań, wsparcia. 

(Nigdy chyba tak bardzo nie wstydziłem się za nasz świat…)

Po zajęciu miasta, oddziały serbskie dowodzone przez Mladicia, oddzieliły mężczyzn i chłopców od kobiet i dzieci. Kobiety deportowano, natomiast około 8 tysięcy mężczyzn i chłopców zostało zamordowanych w masowych egzekucjach i pochowanych w zbiorowych grobach.

*

W odpowiedzi na bierność międzynarodowej opinii i — ponownie — władców tego świata — Tadeusz Mazowiecki porzucił swoją misję. Przez klika lat był specjalnym wysłannikiem Komisji Praw Człowieka ONZ ds. sytuacji praw człowieka na terytorium byłej Jugosławii.

Zbrodnia w Srebrenicy została uznana przez Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii i Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości za ludobójstwo. Wielu wysokich rangą dowódców serbskich — w tym Mladić i Karadžić — zostało skazanych za zbrodnie wojenne i ludobójstwo.

Społeczność międzynarodowa, a zwłaszcza ONZ, była szeroko krytykowana za swoją bierność i nieskuteczność w ochronie ludności cywilnej. Po latach holenderscy żołnierze odwiedzili mieszkające w Srebrenicy kobiety, wciąż opłakujące swoich mężów i dzieci. 

Była to próba rehabilitacji, a może raczej starań o indywidualne wybaczenie.

*

Te emocje ćwierć wieku później przypomniała światu bośniacka reżyserka Jasmila Žbanić, filmem „Aida” (org. Aida, Quo Vadis?) (2020).

*

Pomilczmy sobie.

Albo krzyczmy.

Chmielna

© Krzysztof Ratnicyn

fot. Krzysztof Ratnicyn

Kikuty, te niedoszłe drzewa, ogarniają go

ni to przerażeniem, ni troską. Boi się ich,

boi się o nie? Nie tak to wszystko — 

ulica staje się jeszcze intensywniej noir.

Dziewczyna o przesadnie czarnych włosach idzie z naprzeciwka.

Taszcząc najwyraźniej ciężki pakunek utyka i kołysze się

na boki, jak w tańcu — paczka otulona jest czarną folią, a jej 

rozmiary sprawiają, że dziewczyna z trudem obejmuje ją ramieniem.

Och, mówi on, w fizyce kwantowej nazywamy to korelacją.

Ona odpowiada mu dwoma płytkimi oddechami. Teraz zaś próbuje

zaciągnąć się chropowatym, zimowym powietrzem.

Jej oczy, których szczegółu nie sposób przecież ocenić 

z odległości, jaka dzieli ją z obserwatorem, stają się wreszcie wymowne — 

mówią więc:

pójdźmy na skróty

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij